recenzja: Misfits "Project 1950"

Można byłoby właściwie dyskutować, czy od strony personalnej jest to płyta Misfits, bo biorąc pod uwagę, że basistę i wokalistę Jerrego Only na perkusji wspiera Marky Ramone, a na gitarze Dez Cadena to równie dobrze zespół ten mógłby występować pod szyldem Ramones lub Black Flag, ale od strony muzycznej jest to faktycznie najbliższe dokonaniom Misfits, więc niech im będzie. Album zawiera 10 coverów przebojów z lat 50-tych, w typowej dla herosów “horror punka” manierze wokalnej i instrumentalnej. Wszystkie te nagrania są doskonale znane, ale śmiem wątpić czy ich nowe wersje zapiszą się złotymi zgłoskami w kanonie muzyki rozrywkowej, bo w przeważającej większości przypadków wyszły kapeli średnio. Najlepsze wrażenie robi “Diana” Paula Anki i “Runway” z repertuaru Dela Shannona, pozostałe są niestety lekko toporne i nie oddają uroku oryginałów. Misfits nie są z pewnością zespołem, który mógłby przygrywać do tańca na studniówce w amerykańskiej higschool, ale z “Greatest balls of fire” Jerry Lee Lewisa, “Donny” Ritchego Valensa czy “Latest flame” Presleya niekoniecznie trzeba było robić rzeźnię, żeby przybliżyć te klasyki nowym pokoleniom. Na szczęście na otarcie łez mamy jeszcze dołożoną do albumu w formie bonusa płytę DVD, na której kilka utworów z tej płyty w wersji koncertowej i wspólny występ Misfits i ich japońskich epigonów Balzac w Nagoya z 2002 roku.

Andrzej Kuspiel jimmyjazz.pl