recenzja: Misfits "Famous Monsters"

 
Utwory:  Kong At The Gates; The Forbidden Zone; Lost In Space; Dust To Dust; Crawling Eye; Witch Hunt; Scream!; Saturday Night; Pumpkin Head; Scarecrow Man; Die Monster Die; Living Hell; Descending Angel; Them; Fiend Club; Hunting Humans; Helena; Kong Unleashed
Wydawcy: Roadrunner Records / Metal Mind Productions
Rok wydania: 1999
Data napisania recenzji: 26.11.2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9
 

"Famous Monsters" to drugi i jak na razie ostatni album odrodzonego bez Glenna Danziga zespołu Misfits. Czy nazwiemy ich twórczość po amerykańsku - hardcore, czy bardziej po europejsku - punkiem, nie ma to najmniejszego znaczenia. Jadą po prostu chłopaki ze 200 km/h, łojąc niemiłosiernie i śpiewając przy tym radośnie.

Często łapię się na tym, że w muzyce wielu wykonawców doszukuję się wpływów "braci" Ramone. W niektórych przypadkach może i nie mam racji, ale w kwestii Misfits o pomyłce nie ma mowy. Mało tego, że często mamy tu do czynienia z podobną prostotą i melodyką, to jeszcze na dodatek zajmują się nimi ludzie związani wcześniej z Ramonesami. W przypadku "Famous Monsters" byli to Daniel Rey i Ed Stasium, a ten pierwszy współuczestniczył nawet w komponowaniu kilku znakomitych utworów.

W porównaniu do poprzedniego albumu grupy - "American Psycho" - zmieniło się właściwie jedynie brzmienie. Obecnie jest nieco cięższe, bardziej masywne, natomiast w kwestii stylu mamy do czynienia ze stagnacją - królują agresywne lecz przesycone melodiami kompozycje. I dobrze, bo takie granie najbardziej chwyta mnie za serce. Teksty w dalszym ciągu penetrują te ciemniejsze i mocno ocierające się o horror strony ludzkiego (czy tylko ludzkiego?) życia. Zawsze mnie trochę śmieszyło to charakterystyczne dla Misfits połączenie chwytliwych melodii z mrocznymi tekstami. No bo jak tu się nie uśmiechnąć, gdy Graves śpiewa "living hell uoooo" albo "I hope you die, die monster die" pod wesołą, prawie popową MELODIĘ.

Oczywiście, że byłoby wspaniale, gdyby nadal za mikrofonem w Misfits stał Danzig. Być może do tego wkrótce dojdzie - Jerry Only chce zakopać topór wojenny i zabiega o udział Glenna w serii jubileuszowych koncertów. Jednak dla mnie, ten zespół niewiele stracił na nieobecności "gdańszczanina". Niezwykle podoba mi się sposób śpiewania jego następcy - potrafi przywalić płucem aż ziemia zadrży, ale równie dobrze sprawdza się w spokojniejszych numerach jak choćby "Saturday Night". Chociaż z drugiej strony to właśnie Glenn odśpiewał kiedyś mój ulubiony numer Misfits "I Turned Into A Martian". I ja o tym cały czas pamiętam.

autor: RaMoNe rockmetal.pl