Wywiad z Jerrym Only

To był jeden z najlepszych rockowych koncertów. W miniony czwartek na scenie klubu Proxima wystąpiła muzyczna legenda, główny przedstawiciel horror-punka, zespół Misfits.
Nie dość, że była to pierwsza wizyta grupy w Polsce, to na dodatek Misfits wystąpili w "składzie marzeń". Założycielowi zespołu, śpiewającemu i grającemu na gitarze basowej Jerry'emu Only, towarzyszyli perkusista Marky Ramone (z The Ramones) oraz Dez Cadena (z Black Flag). Muzycy zagrali największe przeboje wszystkich trzech grup.


Gazeta Wyborcza: Jak Ci się podobał koncert?
Jerry Only: Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale wiem, że na pewno wrócę. Marky był tu już kilka razy z Ramonesami.
Ależ skąd?!
- Tak mówił. Ramonesi odwiedzali często Europę, więc może kiedyś tu wpadli. A może coś mu się pomyliło. Wracając do koncertu. Bardzo mile zaskoczyli mnie młodzi ludzie. Nie dość, że przyszło 800-900 osób, to na dodatek wszyscy byli bardzo mili. Gdy podjechaliśmy pod klub, przed wejściem stała już grupka popijająca coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak malinowy soczek. Nikt nie był natarczywy czy agresywny, chwilę więc sobie pogadaliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć. Zaskoczyli mnie też tym, że doskonale znali teksty naszych piosenek, a ja uwielbiam, kiedy na koncertach ludzie śpiewają razem z nami.
Po koncercie jednak dość szybko razem z Markym opuściliście klub. Mnóstwo fanów chciało z Wami porozmawiać. Skąd ten pośpiech?
- Jest mi strasznie przykro z tego powodu. Niestety, nie mogliśmy zostać z fanami, choć zwykle robimy. Pojechaliśmy do studia telewizyjnego, żeby wypowiedzieć się dla CNN na temat naszego wspólnego przyjaciela Phila Spectora [jeden z największych producentów muzycznych w historii muzyki popularnej, twórca tzw. Wall Of Sound znanego m.in. ze współpracy z The Beatles, Tiną Turner, The Ramones - red.]. Phil ma teraz poważne kłopoty, bo został oskarżony o morderstwo. Trudno mi uwierzyć, że mógł coś takiego zrobić, ale oczywiście pewności nie mam. Najgorsze jest jednak to, że wiele osób już uznało go za winnego. A my chcemy tylko powiedzieć: wstrzymajcie się z wyrokami, zanim Phil albo się przyzna albo zaprzeczy.
Misfits bardzo często koncertują. W zeszłym roku zagraliście ok. 120 koncertów. Nie nudzi Cię to?
- Jeden z największych koszykarzy wszechczasów Michael Jordan powiedział kiedyś, że każdy swój mecz traktuje tak, jakby był ostatni w jego życiu. Ja tak samo podchodzę do koncertów. Gdy widzę przed sobą kilkuset dzieciaków, którzy wydali wcale niemałe pieniądze, by nas zobaczyć i posłuchać, to w zamian chcę im dać coś, co na długo zapamiętają.
Warszawskim fanom Wasz koncert na pewno zapadnie w pamięć. Usłyszeli przecież największe hity z repertuaru Misfits, The Ramones i Black Flag.
- Podczas koncertu gramy ok. 45 piosenek, co stanowi jakieś 10 proc. repertuaru tych trzech zespołów. Musimy więc wybierać bardzo starannie i na koncercie w Warszawie zagraliśmy tylko szybkie i energetyczne utwory, rezygnując z wolniejszych. Dzięki temu mogliście usłyszeć m.in. "Rise Above" i "Six Pack" Black Flag, "Blitzkrieg Bop" i "Just Wanna Have Something To Do" The Ramones, "Last Caress" i "Forbiden Zone" The Misfits. Wiedziałeś, że riff w tej ostatniej piosence wzięty jest z muzyki do disneyowskiego "Króla Lwa"?
Nie miałem pojęcia.
- Nasz były gitarzysta Doyle oglądał ze swoimi dziećmi bajkę i ta melodia wpadła mu w ucho. Zagrał ją na gitarze i podesłał mi taśmę. Ja napisałem tekst, a Michael Graves dokonał reszty. Tak zresztą powstają nasze najlepsze kawałki. Pracujemy jak drużyna, każdy ma swój wkład. To było też przyczyną odejścia z zespołu Glenna Danziga. On chciał, żeby przy każdym utworze widniało tylko jego imię i nazwisko. A to oczywiście przekłada się na pieniądze. I gdy forsa zaczęła być najważniejsza, musieliśmy się rozstać.
Teraz Ty jesteś liderem i autorem tekstów. Na dodatek dziś Misfits uznawani są za zespół kultowy.
- Tak, i dobrze się z tym czuję. Współczuję tym, którzy piszą piosenki dla innych i sami ich nie wykonują. Jest mi równie żal artystów niedocenianych za życia i obcinających sobie uszy (śmiech). Poza tym ja jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że nie muszę się utrzymywać z grania. Od 12. roku życia pracuję w zakładzie mojego taty przy maszynie do cięcia drzewa. Dzięki temu sami sobie robimy gitary, perkusję. Robimy też własne stroje, pasy z ćwiekami itp.
Całkiem upiorne.
- Prawda? (śmiech). Ale nie zrozum mnie Ľle. Jako Misfits chcemy oddziaływać pozytywnie na dzieciaki. Chcemy, by nasza muzyka była dla nich punktem odniesienia. Zależy nam też na tym, żeby zrozumieli, jak ważne jest, by umieć dogadać się z rodzicami, żeby skończyć szkołę, mieć dobrą pracę. Nie namawiam oczywiście do konformizmu i bezmyślnego funkcjonowania w społeczeństwie. Chodzi mi tylko o to, żeby uświadomić im, że nie muszą płynąć pod prąd we wszystkich kierunkach na raz.
W tej chwili pracujecie nad albumem, na którym znajdą się Wasze wersje przebojów z lat 50.
- Urodziłem się w 1959 r., gdy rock'n'roll był wszędzie, w radiu, telewizji, sklepach muzycznych. Również w naszym domu cały czas była muzyka, moja mama na okrągło puszczała płyty. PóĽniej słuchałem takich kapel jak Allman Brothers czy Aerosmith. Ale dopiero, gdy zobaczyłem Davida Bowiego w kapeli Diamond Dogs zrozumiałem, że ja też chcę grać. Nie pociągały mnie w ogóle długie rozwlekłe piosenki z długimi solówkami w stylu Pink Floyd czy Deep Purple. Dlatego pierwsza, skomponowana ponad 25 lat temu piosenka Misfits, "Bullet", ma minutę i 38 sekund. Moim zdaniem punk rock był odrodzeniem muzyki lat 50., polegającej na prostocie i radości z grania. Dlatego wciąż, po tylu latach, brzmi tak doskonale.